- Bella, co tu robił Żniwiarz Mroczny? - Do mojego pokoju wszedł Kruche Kości, mój najstarszy brat.
- Pytał się o Pustkę. - Odparłam. Westchnął głęboko w odpowiedzi.
- Dlaczego bronisz tę imitację Śmierci?
- Bo jako jedyny autentycznie mnie lubi. - Odparłam. - Mnie. Nie mój wygląd czy pozycję.
- Przesadzasz. - Prychnął.
Kruche Kości jest kostusiem mrocznym, moim najmniej lubianym bratem. - I chyba się przeceniasz.
- Raczej to ty nie doceniasz mnie. - Odparłam twardo. - A teraz racz wyjść z mojego pokoju, mam pare spraw do zrobienia.
Rzucił mi tylko wściekłe spojrzenie i wyszedł trzaskając drzwiami.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że Żniwiaż Mroczny oddala się szybkim krokiem.
Mój dom stał przy placu głównym Jasnym, dwa domy na lewo od rezydencji Żniwiarza Jasnego.
Może opiszę jak wygląda mój świat?
Jeśli wejdziesz przez Bramę to na lewo zobaczysz Nieskończone Pola Dusz Czystych, czyli tych, które zasłużyły na dobre życie po śmierci. Te dusze mogą dowolnie się przemieszczać się po całym świecie Śmierci.
Na prawo zaś zobaczysz Nieskończone Boksy Dusz Nieczystych, o nich już trochę opowiedziałam.
Jeżeli pójdziesz, od Bramy, prosto, przez wydeptane ścieżki i łąki dojdziesz do głównego miasta, w którym, żyjemy my, Kostusie, Żniwiarze i wszyscy pozostali, nie licząc Kostuchy.
Centralny punkt miasta to koło, podzielone na Plac Jasny i Mroczny, na tych placach stoją nasze domy. Plac otacza dwanaście pięknych i majestatycznych budynków: dwie Sale Obrad, po dwa Budyki Wydawania List i Ksiąg i Archiwa i sześć Domów Na Świat, czyli miejsc skąd zmarli mogą obserwować świat żywych.
Jeżeli już przeszłeś przez miasto to trafiłeś na Pole Kapsuł Śpiących, czyli miejsca gdzie Śmierci są w trakcie stuletniej reinkarnacji.
Ostatnim punktem wycieczki jest Pałac Kostuchy. Na lewo od Kapsuł, przed Polem Dusz Czystych. Jest to wielka i zamknięta dla wszystkich, nie licząc Żniwiarzy, rezydencja.
Dzwięk pukania wyrwał mnie z zamyślenia, myśląc, że to znowu Kruche Kości krzyknęłam:
- Czego znowu chcesz?!
- Więcej szacunku, młoda damo. - Drzwi otworzyła Mądre Kości, moja opiekunka, właścicielka domu.
- Przepraszam, myślałam... - Zaczęłam, ale mi przerwała.
- Nie szkodzi. Rozumiem, że masz teraz dużo na głowie. Żniwiarz mi wszystko wyjaśnił. - Mówiła zatroskanym głosem.
- Wyciągnę nas z tego. - Odparłam. - Po raz kolejny.
- Bella, to już nie jest pierwszy raz jak będziesz ratować mu skórę. - Powiedziała spokojnie. - Ile razy jeszcze?
- Tak długo jak będzie trzeba. - Powiedziałam cicho.
Przy Mądrych Kościach nie bałam się okazywać moich słabości.
My, Śmierci, żyjemy dzięki ludziom i dla ludzi, spędzamy z nimi większość swojego czasu, więc nie dziwne, że przejeliśmy od nich wiele zwyczajów. Najważniejszym z nich jest tradycja zakładania rodziny.
Mądre Kości jest dla mnie jak matka-przyjaciółka...
- Jestem ciekawa kiedy w końcu zauważysz, że to już dawno straciło sens. - Westchnęła głeboko i wyszła zamykając drzwi.
- Taka moja natura... - Szepnęłam patrząc za okno.
***
Największą różnicą pomiędzy Śmiercią a człowiekiem nie jest nieśmiertelność. Jest nią niezdolność do płaczu.
I choć nie raz, nie sto razy próbowałam, nigdy nie uroniłam ani łzy. Mimo rozdzierających serce scen, których byłam świadkiem, nie zapłakałam ani razu, choć całe moje "ja" tego pragnęło.
Bo łzy to nie tylko łzy, to także niesamowity pokład emocji, to ulga i wybawienie.
To mój słaby punkt.
Na przykład teraz: patrzyłam z cienia jak starszy człowiek, mocno już zgarbiony, prawie łysy, ale o żywych niebieskich oczach, które z dumą patrzyły na wnuczkę machającą mu na pożegnanie. Właśnie dostała się do wymarzonego liceum. Starzec stał przy schodach wejściowych i patrzył za dziewczyną, miał długie, szczęśliwe życie, z którego może być dumny, którego na pewno nie chce kończyć.
W momencie gdy wnuczka wsiadła do samochodu wszystko się zaczęło we mnie skręcać, bo wiedziałam, że jej dziadkowi zostało dokładnie 49 sekund życia.
Czy pożegnała się odpowiednio? Czy będzie żałować, że nie powiedziała dziadkowi czegoś ważnego?
Starzec chwycił się za pierś i upadł na kolana. Nikt z samochodu wnuczki tego nie zauważył, odjechali.
Wszystko się zatrzymało. Podeszłam do mężczyzny i chwyciłam go za rękę.
- Już czas. - Powiedziałam delikatnie.
Kiedy było po wszystkim czas znowu ruszył a przed schodami zebrał się tłum, ktoś zadzwonił po karetkę.
Na próżno.
- Będę tęsknił. - Powiedział do mnie.
- Ale tylko przez jakiś czas. - Odparłam z delikatnym uśmiechem. - Spodoba ci się tam gdzie trafisz.
To mówiąc ścisnęłam rękę starca i razem weszliśmy w cień.
*
- Myślisz, że ludzie się kiedyś zmienią? - Zapytał Ciepłe Oczy, brat Pustki i mój przyjaciel. Kostuś Jasny Raka.
Byliśmy w Domie Na Świat i oglądaliśmy sytuację na Majdanie, na Ukrainie. Właśnie znosili rannych, część cały czas rzucała kokajlami.
- W sytuacji takiej jak ta, ludzie się nas nie boją. Witają nas z dumą. - Odparłam.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - Zaśmiał się.
- Myślę, że to część ich natury. A natury nie powinno się zmieniać.
- Kostusie Wojny mają znowu więcej roboty. - Westchnął. - Myślisz, że jak to się rozkręci na nowo, to nas oddelegują? - Podczas Drugiej Wojny Światowej wiele Kostusi zostało przypisanych do Pomocy Ofiarom Wojny, między innymi my, bo mieliśmy w tym okresie najmniej pracy. Dużo ludzi z tego okresu nie zdążało umrzeć ze starości, lub na raka. Umierali z biedy, głodu, zimna i karabinu oraz bomb.
Potrząsnęłam głową odganiając ponure wspomnienia.
- Mam nadzieję, że nie. - Powiedziałam sztywno. - Mam do ciebie sprawę. - Zmieniłam temat.
- Chodzi o mojego brata? - Domyślił się. Kiwnęł głową.
- Jutro jest bankiet u Kostuchy, może uda nam się pomówić Żniwarzem? On bardzo cię lubi, może...
- Bella, dobrze wiesz, że to już przegięcie. Ile razy można? - Westchnął.
- Ale to przecież twój brat. - Powiedziałam.
- I dlatego spróbuję. - Westchnął. - I ze względu na to, że mam u ciebie dług.
- Dziękuję! - Rzuciłam mu się w ramiona.
Bankiet u Kostuchy to był jedymy dzień w roku gdy drzwi Wielkiej Rezydencji się otwierały. Wtedy zbierali się wszyscy pracownicy Śmierci i mieli dzień wolnego.
Na ziemi wtedy błąkało się dużo niezabranych dusz, ludzie nazywali ten dzień Dniem Zmarłych...
****
Witam po przerwie!
I jak się podoba historia?
poniedziałek, 24 lutego 2014
Rozdział 2.
sobota, 1 lutego 2014
Rozdział 1.
"Każdy jest kimś więcej i kimś mniej niż się wydaje."
Nazywam się Piękne Kości, ale znajomi i rodzina mówią na mnie Bella.
Powstałam ze światła księżycowego, przeżyłam trzy życia, w obecnym jestem już niecałe 500 lat i jestem Śmiercią.
Wiem jak to brzmi, strasznie. Ale nie bój się, ja jestem Starością, więc możliwe, że nigdy się nie spotkamy...
Na początek chciałam wyjaśnić i opisać ci system, w którym przyszło mi funkcjonować.
Żyję w innym wymiarze, niż ty. Mamy własny świat, w którym żyjemy my i wszystkie zabrane dusze.
Światem Śmierci rządzi hierarchia: najwyżej jest Kostucha, stara jak świat i potężna jak sam Bóg. Po niej jest dwójka Żniwiarzy: Mroczny i Jasny. Z kolei im podporządkowani są Kostusie Mroczni i Jaśni.
Każdy Kostuś ma przyporządkowaną kategorię dusz jakie zabierają np. Zmarłych ze starości, w wypadku, zamordowanych, przestępców, wolontariuszy... itd. Kategorie często na siebie zachodzą, więc jest potrzebny ktoś kto będzie decydował kto zabierze kogo.
Od tego sątak zwani Księgowi, którzy sporządzają Kostusiom listy dusz, które mają zabrać na daną zmianę.
Ja jestem Kostusiem Jasnym od Starości a moim szefem jest Żniwiarz Jasny IV.
Do ogranięcia, prawda?
To teraz przejdę do mojej rodziny. Mój ojciec, Lotne Kości, jest Kostusiem Jasnym od Wypadków w Powietrzu a matka, Mądre Kości, jest Księgową. Poza tym mam jeszcze 4 siostry i 7 braci, ale o nich kiedy indziej. Mój dziadek od strony matki jest Żniwiarzem Mrocznym XVI.
Na razie tyle teorii, teraz pora na praktykę.
*
- Hej, Bella! - Usłyszałam znajomy głos gdy szłam przez plac główny. Miałam wolny dzień.
Zatrzymałam się i odwróciłam do mojego dobrego znajomego, Puste Oczy, którego wszystcy tu nazywali po prostu Pustką. Byłam bardzo wdzięczna, że zamiast pustych oczodołów zobaczyłam niebieskie tęczówki.
- Czego chcesz? - Zapytałam. Niebieskie oczy oznaczały, że oczekuje jakiejś przysługi.
- Obiecałem Kali, że dzisiaj pomogę z jej małą w oprowadzeniu. - Zawiesił głos. Kali była jego siostrą, która właśnie przygarnęła swoje pierwsze dziecko, odrodzone z cienia. Miał jej pomóc zapoznać się z nowym życiem.
Może wyjaśnię: Śmierć narodziła się wraz z początkiem życia na ziemi. Nie rodzimy dzieci, nie umieramy. Ale w pewnym momencie możemy zasnąć w stu letni sen i obudzić się w kolejnym życiu. I wtedy potrzebujemy ponownego wprowadzenia bo nic nie pamiętamy z poprzednich żyć, jesteśmy nowymi istotami w starych ciałach.
- Przy bramie czeka taki chłopak, zmarł kilka godzin temu trzeba go zaprowadzić do 165. - Wydusił na jednym oddechu.
- Idź do Kali, ja się nim zajmę. - Odpałam lekko.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! - Uściskał mnie mocno i pobiegł w stronę swojego domu.
Jest Kostusiem Mrocznym, więc nasza znajomość jest dosyć wyjątkowa, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. Jestem chyba jedyną Jasną, która czasem przeprowadza Ciemne Dusze przez Bramę...
Z tymi myślami ruszyłam do Bramy i zastałam tam tylko jednego chłopaka bez Kostusia.
- Idziesz ze mną. - Powiedziałam twardo. Zmierzył mnie zdziwionym wzrokiem i powiedział:
- Ty nie jesteś straszna.
- Brawo za spostrzegawczość, narkomanie. - Odparłam sucho. - Idziemy.
Nie czekając na reakcję ruszyłam przez bramę i skierowałam się w stronę Boksów.
- Ludzie, którzy wiodą dobre życie i zasłużyli na spokój i radość trafiają tam. - Wskazałam palcem pola za naszymi plecami. Chłopak się obejrzał na jasne, szerokie i zadbane pola. - Ale ty do nich nie należysz.
- A jakaś pokuta? Szansa? - Zapytał.
- Puste Oczy wyjaśni ci twoje szanse kiedy indziej. - Powiedziałam. - Ja nie znam twojego przypadku.
- Mówisz jakbym był chory a nie martwy.
- Bo jesteś. - Odparłam poważnie. - Ile masz lat?
- 17. Ale co to ma do czego.
- Ciekawość. - Powiedziałam zasmucona. Fakt, że byłam Jasna nie pomagał. Ludzie, których ja zabierałam wiedli piękne życie i często szkoda było im je opuszczać. Tymczasem ten chłopak chodził z taką pewnością, z taką łatwością i lekkością wypowiedział słowo "martwy", że podejrzewałam, że jest szczęśliwy, że nie musi już żyć.
W tym czasie podeszliśmy do ogromnego, szarego budynku.
- On nie ma granic, czy jak? - Zapytał chłopak.
- Dokładnie tak, narkomanie.
- Mam na imię Jason. - Warknął.
- Mało mnie to obchodzi, narkomanie. - Powiedziałam otwierając ciężkie drzwi. Zaraz za nimi stał jeden ze Strażników.
- Bella! - Zdziwił się. - Co ty tu robisz?
- Wyręczam Puste Oczy. - Wyjaśniłam.
Pokiwał głową ze zrozumieniem i zerknął na wielką księgę leżącą na stoliku. Chwilę w niej poszperał i wręczył mi klucz.
- Dzięki Czujne Oko. - Uśmiechnęłam się i ruszyłam w drugi na prawo korytarz.
Od razu gdy tam weszłam poczułam straszny smród niemytego ciała i rozpaczy.
- Takie warunki zafundowałeś sobie sam. - Powiedziałam cicho.
- To i tak lepsze niż moje "życie". - Odparł a mi znowu zrobiło się przykro.
Szliśmy korytarzem i mijaliśmy kolejnych strażników, każdy mi kiwał a ja uśmiechałam się w odpowiedzi.
- Jesteś jakimś aniołem, czy coś? - Zapytał Jason.
- Jestem Śmiercią, jak my wszyscy tutaj. - Powiedziałam i stanęłam przed drewnianymi, stęchłymi drzwiami. - To tutaj.
- Nie wyglądają na solidne. - Skomentował. - A co jeśli ucieknę?
- Nie uciekniesz. Te drzwi i cały ten świat jest kontrolowany przez siłę, której nie jesteś w stanie pojąć. - Przekręciłam klucz w zamku i otworzyłam drzwi. - Wchodź.
Starając się nie patrzeć na przepełnione, brudne i śmierdzące wnętrze boksu.
- Dzięki. - Powiedział i wszedł do środka. - Wolę ciebie od tego bez oczu. - Zdążył jeszcze dodać zanim drzwi się za nim zamknęły.
*
Kiedy wchodziłam do swojego domu cały czas myślałam o tym, że strasznie mi szkoda Jasona, ale ledwo zawitałam w kuchni, wszystkie myśli wypadły mi z głowy.
- Dziadek? - Zapytałam zdziwiona patrząc na osobę siedzącą na kuchennym krześle.
- Niestety jestem na służbie, więc Mroczny Żniwiarzu XVI. - Powiedział sztywno. - Usiądziesz?
- Jestem o coś oskarżona? - Zapytałam nie ruszając się z miejsca. - Przecież to nie przed tobą odpowiadam.
- O nic cię nie oskarżam. Jesteś świadkiem. - Westchnął głęboko. - Niedawno spotkałem Puste Oczy. Był z siostrą. W czasie służby.
Moja twarz przybrała postać bezuczuciowej maski.
- To już po raz kolejny. A to oznacza, że zostanie ukarany. - Urwał. - Masz coś do dodania? Albo może wiesz kto go krył i zastępował?
- Czemu nie zapytasz Kostuchy? - Zapytałam bezbarwnie.
- Bo ona ma cały świat na głowie. - Warknął, ale zaraz się opanował. - Daj spokój, Piękne Kości. Po co chcesz go kryć? Nie zasłużył na to.
- Tego nie wiesz. - Wypaliłam. - Nic nie wiem o jakimkolwiek kryciu kogokolwiek. A teraz wybacz, ale mam jeszcze coś do zrobienia.
I nie czekając na reakcję wyszłam z pomieszczenia.
Nie obchodziło mnie co sobie pomyśli, nie on był moim szefem.
Od kiedy mama została Księgową a nie Kostusią obraził się na nią i na nas, tak dla zasady.
A teraz musiałam się zastanowić jak uratować skórę Pustce i mnie.
***
No to jest pierwszy rozdział!
I jak się podoba? Nie za dużo na raz informacji?
Proszę o komentarze! :D