piątek, 31 stycznia 2014

Prolog.

Nie tak dawno temu, nie tak daleko od twojego domu stał szpital.
Na jednej z sal leżał stary człowiek. Podpięty był do wielu kabli i monitorów, jeden pikał, umiarkowanie i spokojnie.
Zegar na ścianie wskazywał godzinę 02.36 sekund 45.
Człowiek na imię miał John i chorował na starość.
Firanka w zamkniętym oknie lekko zafalowała i John się obudził.
Mechanizm przestał pikać.
- A więc to już. - Wyszeptał.
- Spodziewałeś się tego. - Odparł głos należący do postaci ukrytej w cieniu. Był delikatny, dziewczęcy i smutny.
- Tak. W końcu, tak. - Odpowiedział zamyślony.
- Masz prawo do jednego życzenia. - Dziewczyna zmieniła temat. - Oczywiście są pewne granice. Ale nie mam siły ich wymieniać. Wykażesz się rozsądkiem?
- W obliczu śmierci trudno zachować rozsądek. - Uśmiechnął się słabo. - Ale chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć.
Postać się zawachała, ale wyszła z cienia w łunę księżycowego światła. Była wzrostu normalnego człowieka ukrywała się pod ciężką peleryną przypominającą cień, z którego wyszła.
Zdjęła kaptur i oczom staruszka ukazała się blada twarz młodej dziewczyny. Jej zielone oczy były matowe i smutne a włosy długie i jasne jak światło księżyca.
- Nie przypuszczałbym, że śmierć będzie miała tak piękne oblicze. - Skomentował John.
- Wiodłeś piękne i uczciwe życie. Nie zasłużyłeś na strach i cierpienie podczas ostatnich  chwil.
- To dobrze, dobrze.
- Nic nie poczujesz. - Dziewczyna zbliżyła się do starca z wyciągniętą dłonią.
- Poczekaj. - Odetchnął głęboko. - Jak się nazywasz?
- Mówią na mnie Piękne Kości. - Uśmiechnęła się. - Zamknij oczy, zrobi się jasno.
Dotknęł delikatnie jego policzka.
Wtedy monitor zaczął piszczeć jednym, miarowym i uciążliwym dźwiękiem.
Do sali wpadli ludzie w białych fartuchach. Krzątali się przy ciele Johnego przez moment a potem jedna z kobiet powiedziała:
- Zgon nastąpił o 02.37.
*
- Jesteś perfidnym gnojkiem! - Kobieta wrzeszczała na syna wchodząc do mieszkania. - Zawsze muszą być z tobą kłopoty!
- Co tym razem? - Z jednego z pokoi wytoczył się ojciec chłopaka.
- Z komisariatu go odbierałam! - Kobieta urwała. - Co tak śmierdzi alkoholem? Znowu piłeś! - Wycelowała w mężczyznę palec. - Ja tego dłużej nie wytrzymam! Rozbójnik i alkoholik! Trzeba mi było słuchać mamy!
W między czasie chłopak wymknął się do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz.
Z kieszeni wyciągnął strzykawkę.
Miała mu zapewnić chwilę zapomnienia.
Z pod łóżka wyciągnął potrzebne przybory i rozsiadł się na łóżku.
Podwinął rękaw koszulki i założył opaskę. Potem, bez dezynfekowania igły, wstrzyknął zawartość strzykawki do żyły.
Zakręciło mu się w głowie i poczuł jak sprzęt wypada mu z ręki a on sam upada.
Nie wiedział ile tak leżał bez ducha, ale gdy się ocknął było ciemno. Przeraziła go ta ciemność bo była bardziej przenikliwa od takiej zwykłej.
- Jasonie Vertonie, czy wiesz kim jestem? - Usłyszał głęboki, męski głos w cieniu.
- Nie wiem. - Odparł wystraszony jeszcze bardziej.
Z cienia wysunęła się postać w ciemnej pelerynie, Jason widział tylko zarys jej sylwetki.
Ale gdy postać zrzuciła kaptur ujrzał bardzo wyraźnie jej bladą twarz, usta wykrzywione w koszmarnym grymasie i puste oczodoły.
Zaczął krzyczeć, ale postać tylko zaśmiała się szyderczo.
- I tak nikt nie usłyszy! - Zawowała. - Jesteś teraz w objęciach śmierci! Zapamiętaj sobie: Puste Oczy! I wspominaj to imię w miejscu gdzie cię umieszczę, ty podły narkomanie i złodzieju!
***
Witam w prologu :)

Tym co mnie nie znają to się przedstawię: jestem Paulina i uwielbiam pisać :)

No więc tak, to opowiadanie o świecie, który wymyśliłam sobie już dawno temu, ale dopiero teraz odważyłam się o tym napisać.
Będzie o istotach z gatunku Śmierć, o ich relacjach, zwyczajach, obowiązkach i codzienności. Będzie trochę miłości, radości, smutku i złości.

To tyle na początek, zapraszam na poniedziałek na rozdział 1 :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz